czwartek, 17 listopada 2011

Zawracanie

Odrobina poetyki i zabawy metaforą, tak przeze mnie uwielbianej, jak najbardziej w umiarkowanej dawce w codzienności, jakże szarej, wskazana, celem ubarwienia szarości i monotonii. Ale są sytuacje, gdzie krótko i treściwie coś przekazać można. Inaczej to wychodzi takie zawracanie na rondzie…

Mam bardzo brzydką manierę. Za kółkiem klnę jak szewc, który właśnie doznał uszkodzenia części dłoni w stopniu jakimkolwiek. Puszczę sobie konkretną wiązankę, jak mi ktoś się wpierniczy, porzucam sobie epitetami w eter i tak jakoś mi lżej na sercu, i jechać dalej mogę.

Z przyjaciółmi to jak w trasie. Nie trzeba się za bardzo hamować, o ile w ogóle jakiekolwiek zwolnienie się zdarza, jest prosto, choć wiatr często mocno wieje i kończyny kołyszą się niczym statek na morzu, jednak jedzie się przed siebie, bez większych przeszkód. A gdy nawet się na dziurę w nawierzchni natrafi, to i tak się jedzie dalej. Trochę jak Formuła 1, trochę jak przejażdżka dyliżansem. Acz to drugie to bardziej na spotkanie w charakterze matrymonialnym w wersji staroświeckiej- powolutku, do przodu, bez jakichś większych przygód i niespodzianek (no, chyba, że zaprzężony koń jakiś zmutowany owies wcześniej konsumował i zalegają weń gazy trawienne).

W oficjalnych konwersacjach to jak przy nieoznakowanych skrzyżowaniach- działać trzeba szybko, acz z namysłem, o kolizję wyjątkowo łatwo. I najlepiej, żeby była dodatkowa gałka oczna między pośladkami, nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać z której strony. Byleby jak najszybciej to opuścić i wyjechać na prostą.

W życiu są też zakręty i to niekiedy ostre jak brzytwa, która niegdyś tak szarmancko i dokładnie zarost męski usuwała. Noga z gazu, czasem lekko język przyhamować. Można oczywiście zaryzykować i przyspieszyć, ale częstokroć nie jest to warte ryzyka- zwłaszcza, jeśli nawierzchnia (i okolica) niepewna. Zresztą, w takich sytuacjach nigdy pewnym być nie można.

Jakże cudowną alternatywą zdają się być ronda. Tak fajnie się na nich kręci i zakręca, można się nieźle wykręcić i niepostrzeżenie zwiać. Unikając jakichkolwiek kolizji. Są jednak sprawy, które winno się załatwiać konkretnie. Są komunikaty werbalne, które zawiera się w słowach trzech, maksymalnie czterech (jeśli wliczy się podmiot, orzeczenie, dopełnienie i jakiś wykrzyknik, choć niekoniecznie, na końcu). Są jednak ludzie, którym poniekąd obce są krótkie, treściwe i ogólnie zrozumiałe dla populacji komunikaty. Dyplomatycznie zaciska się zęby, Bogu dzięki pasy zapięte (żeby w trakcie jazdy nie wyskoczyć przez okno) i… zawraca się na tym rondzie. I droga ta sama, tylko kierunek wsteczny. Gorzej, jeśli zawracającym jest pasażer, którego trzeba słuchać. Gorzej, jeśli za kierownicą jest Agata, która, nawet jeśli uda jej się zacisnąć zęby (a wysiłek to dlań niewiarygodny), zdradzi swe nieprzychylne nastawienie swą jawną mimiką. I później słyszy:

-Czy mi się wydaje, czy zdenerwowana jakaś jesteś?

-Nie- odpowiada z kąśliwym uśmieszkiem. –Wcale. Po prostu szlag mnie z twoim pieprzeniem o niczym  już trafia.

Kultura kulturą, ale moje nerwy, choć ze stali najwyższej klasy wytrzymałości od czasu dłuższego, to, niestety, wytrzymałość swą mają. A język i tak już przytemperowałam przez ostatnie 7 miesięcy, naprawdę… I- niestety- czasem, zwyczajnie, pieprzę kulturę jak warzywka z patelni… Tylko bez vegety.

Hokus pokus i inne (roz)czarowania

Hokus- pokus. A pokusa duża, jej z reguły poza wyjątkami oprzeć się nie tak znowu łatwo. Oczaruje, zaczaruje, w końcu rozczaruje. Z serii portrety psychologiczno- pamięciowe samców.

Samiec odbiera świat przede wszystkim za pomocą zmysłu wzroku. Byleby kolorowo, byleby pstrokato, często sztucznie i tandetnie- w końcu sztuka nowoczesna, w średniowiecze nie cofajmy się. A że sztuka na pograniczu często kiczu, męski smak nierzadko tę granicę, subtelna poniekąd, nie w stanie jest wyczuć.

Samica to poezja. I niekoniecznie chodzi o to, że nigdy nie wiadomo, o co jej chodzi. Nie, ona doskonale wie, czego oczekuje. Sęk w tym, że naiwna to z natury matki istota. Ona też patrzy, ale przede wszystkim słucha (acz wiadomo, że zdolności jej werbalne, znacznie przedstawicieli płci przeciwnej jej gatunku przewyższają). Prędzej czy później wierzy w słodkie niczym lukier, asymetrycznie z babki wielkanocnej spływający, słowa. Prędzej czy później wierzy w dojrzałość, którą werbalizm samca zdaje się być wzbogacony. I wierzy, że jego poglądy zgodne są z jego postępowaniem. Niestety.

Kobieta, chociaż częstokroć generalizuje, na każdego stara się spoglądać w innym kontekście. Przynajmniej, do pewnego czasu. Każdy jeden wydaje jej się inny. Przynajmniej z początku. Każdy jeden inaczej zauroczyć potrafi. Przynajmniej z początku. A po tym początku, o ile w rozwinięciu często też pozwala się oczarować, to na końcu zawsze, niefortunnie, wychodzi wspólny mianownik na zakończenie. Nawet jeśli z góry założyła, iż mężczyzna dzieckiem pozostanie do dni ostatnich egzystencji swej zacnej, to jednak pod kreską ułamkową zawsze się rozczarowanie w jednym z wyrazów działania znajdzie. Prędzej czy później i tak się okaże, że samcze stworzenie, które niegdyś tak działało na jej kobiecość, przejawia zachowania, na które zwykło narzekać, przypisując je byłej swej partnerce.

Powiadają, iż to samice wiele gadają. Powiadają, iż to samice eliptycznie okrążają temat. To bowiem samiec z natury głową i spodniami. To właśnie samiec silić się winien na konkrety. Niestety. Samcze konkrety i przejrzyste wizje, niczym schizofrenika, jak wyżej wymienionego są rzeczywiste. Owszem, istnieją. Owszem, zachwycają swym pięknem i nierealnością. A przychodzi co do czego, wizje i wyobrażenia pozostają nietknięte, realizmem nie splamione i bezpiecznie schowane w samczej głowie. I pamięci samicy, bo te jakże są pamiętliwe, przeto.

Samiec potrafi być nieprzewidywalny. Szkoda, że jest to przejściowe. Coś nowego, coś fascynującego i nagle znajduje się w wielkim worku z etykietką „wszyscy”

Być kobietą

Być kobiecą- poradnik dla przedstawicielek płci żeńskiej, których kobiecość mimo przedstawienia wizualnego, zostanie podważona.
  1. Zmieniaj zdanie co chwilę- kobieta nie może być konsekwentna. Nie może podjąć decyzji raz i trzymać się jej kurczowo niczym tynk dobrej jakości ściany. Ba! W zasadzie to kobieta nie powinna w ogóle podejmować jakichkolwiek decyzji- od tego jest mężczyzna. Kobieta nie może mieć swojego zdania.
  2. Nigdy nie mów, o co ci chodzi- a już nigdy, ale to przenigdy nie nazywaj swoich uczuć. Nie mów, że jesteś rozczarowana, odwróć się do samca o sto osiemdziesiąt stopni, zadrzyj głowę, żeby twe nozdrza skierowane były ku sklepieniu niebieskiemu. Mężczyzna musi się domyślać, przeto całe życie był wychowywany w duchu ezoteryki, wróżbiarstwo i jasnowidzenie winien mieć opanowane do perfekcji. Pamiętaj, on musi się domyślać.
  3. Wypytuj o jego byłe- a przy każdej odpowiedzi płacz i rób awantury. Pamiętaj, jego przeszłe związki są priorytetem, a ty powinnaś na każdym kroku porównywać się z jego była partnerką i oczekiwać zapewnień, że jesteś lepsza pod każdym względem od tamtej spasionej lafiryndy z cyckami wielkości wysuszonych rodzynek. Jeśli partner przejawi jakikolwiek objaw znudzenia/zniecierpliwienia/zniechęcenia, płacz, wrzesz i piszcz.
  4. Piszcz ile sił w płucach w celu okazania zachwytu- pamiętaj, im więcej decybeli, tym lepiej. Szybciej do niego dotrze twoja radość. Nigdy nie komunikuj werbalnie, że bardzo się cieszysz, że jesteś w stanie euforii (patrz punkt 2). Im głośiej, im cieniej, tym lepiej. Pisk winien przypominać tonacyjnie rozdeptywaną mysz, tylko- rzecz jesna- musi być głośniejszy. Ot, tak, by słyszalny był w promieniu jakichś pięciu kilometrów.
  5. Wyręczaj się- w każdej możliwej czynności. Pamiętaj, to działa na ich męskie ego. Kobieta nie powinna wpychać paznokci w gniazdko elektryczne- chyba nie chcesz połamać swojej naturalnej/plastikowej (przepraszam- akrylowej/ żelowej/ szklanej) powłoki ochronnej opuszka palca? Nie masz prawa rozróżniać klucza francuskiego od śrubokrętu, wbij to sobie do głowy. Nigdy samodzielnie nie parkuj kopertą, to takie niekobiece. Pamiętaj, jesteś słabą istotką, która nie ma prawa być samodzielna.
  6. Kupuj, kupuj i jeszcze raz kupuj!- bowiem czasownik ten doskonale określa kobiecość! I nie, nie w Castoramie, nie w Empiku. Pamiętaj, tylko Channel, Dior, D&G i tym podobne. Boże broń w sklepach innych, aniżeli Zara, H&M, Sephora i tym podobnych. Ach, i jeszcze jedno- płacisz kartą faceta, nigdy swoją. Pamiętaj, jesteś od niego całkowicie uzależniona.
  7. Musisz mieć pasję- ale niech do głowy ci nie przyjdzie, by to było malowanie, wyścigi, czy też – Boże broń- majsterkowanie. To może być malowanie paznokci, najlepiej, żeby ograniczało się do siedzenia u kosmetyczki- tak ładnie ta czynność wygląda, wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy- ale nie przez ciebie, przez twojego partnera, kawka z sąsiadką (ale rozmawiacie tylko o pogodzie i o dzieciach).
  8. Zrozum swoją misję- kobieta przyszła na świat, by wydawać dzieci i gotować obiadki mężowi. Nie istnieje coś takiego jak podział obowiązków. I pamiętaj- poród to nic w porównaniu do kataru mężczyzny. On umiera, musisz nosek mu podetrzeć. Przez jego przyrodzenie nigdy nie przejdzie mały człowiek, on naprawdę nie musi zdawać sobie sprawy z takich błahostek.
  9. Histeryzuj- to takie kobiece. No i raz w miesiącu masz do tego naprawdę pełne prawo- możesz sobie powyzywać, powrzeszczeć, nic nie robić. Taki wielki dar od Matki Natury. Możesz przez te parę dni powykańczać wszystkich dookoła, bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
  10. W łóżku leż jak kłoda- tak, by było po bożemu. Pamiętaj, kobieta to źródło grzechu, a jej ciało to dzieło szatana. Żeby ci do główki nie przyszło, niczym karaluch do akademika, byś lubiła seks. To dobre dla prostytutek, nie dla ciebie- kobiety z dobrego domu.

Rybka

Żywioł ich w formie tlenku wodoru, kształt opływowy współgra z siłą wyporu. I choć móżdżek mniejszy niż napowietrznych ich braci, uroku i namiastka inteligencji nie traci- i tu rybka! A i co tam, hipopotam-  w swym myśleniu, na mentalnym niedopowiedzeniu. Tu śródmóżdża i móżdżka dominacja- polowanie, jedzenie i prokreacja. W usta swe wydatne trochę wody zatknie i przez skrzela tlen filtruje- dzieciom i rybom zdania wszak konstytucyjnie brakuje…

Może być ze złota. Ale to raczej tombak na łuskach. I coś ma z osobowości tego puchatego i miauczącego, co na nią poluje w zaciszu domowego akwarium.  Z tą różnicą, że życzeń Twych do zatoki swej żylnej z przedsionkiem i komorą o zredukowanym stożku tętniczym, raczej sobie nie weźmie, bardziej wszak zajęta będzie zwiększaniem parcia swego osmotycznego i brudzenia szybek swojego półprywatnego azylu. Ten pierwszy, jak głodny bądź znudzony, przynajmniej udaje, że słucha…

Rybka, jak każde żywe stworzenie, czasem się obrazi, czasem coś może ją urazić. I stanie taka okoniem, trochę się naburmuszy, pomacha płetwą i więcej się nie ruszy. Trzeba się przeciwstawiać płotkom i innym podlotkom, tudzież durnym plotkom przepływającym i lekko muskającym jej opływowe ciało. Czasem by się tak wbrew nurtowi rzeki zatrzymać chciało…

Bywa, iż wśród ławicy małych, kostnoszkieletowych jakiś rekin zapoluje. Taaaaka gruba ryba, co połyka wszystko, co podpłynie jej pod żuchwę, tak od spodu usytuowaną, żeby hierarchia była zachowana. I chociaż wzrok wnet sokoli, nie ma boli- co podpłynie, to i zginie. Niekoniecznie z głodu, niekoniecznie z niższych partii piramidy potrzeb- czasem wyższe to pobudki, jak sport czy inny bzik. Porusza się tylko do przodu, jak na rekina przystało, nie ogląda się za siebie, nie skacze na boki.  Gruba ryba jest odporna, pancerz z łusek plakoidalnych niczym zbroja na średniowiecznym rycerzu lśni na jego wielkim ciele. Acz głupie cielę z niego nie jest- już w życiu prenatalnym pokonać inne rekinki musiał, by zjawić się w głębiach oceanu, w wodzie, jak na rybkę przystało. Rekin nigdy się nie zatrzymuje- zawsze brnie w kierunku wyznaczonym przez jego paszczę, by nie sięgnąć dna- Matka Natura niefortunnie zapomniała o wyposażeniu grubej ryby w pęcherz pławny, skazując ją na dożywotnią nadpobudliwość psychoruchową.  Gruba ryba kusi swymi atutami, smacznym mięskiem, zdrowym tranem- w końcu morza panem. Gorzej, jeśli rybak wprawiony- oto rekin załatwiony…

Żeby przetrwać ciężki, zimowy okres, rybka spać nie pójdzie. O nie, zniży swój poziom, prawie że do dna, tam najcieplejsza woda. I choć lód spowijać będzie taflę zbiornika, na dno zimno nie przenika, tam zawsze Celsjusz łaskawszy i cztery stopnie utrzymuje. Impreza na slumsach jeziora- rybka do tego skora.
Na zachętę mały pełzaczek, taki na haczyk robaczek. Manipulacja piramidą potrzeb. Trochę jak w Auschwitz, tylko praca w początkowym stadium bierna. Spławik w dół i przygoda się zaczyna- palnie wędkarz rybką, brzuch jej rozcina, patroszy, zeskrobuje łuski. I kolacja gotowa.

I zdrowa rybka na talerzu. Alfa i omega. Omega, to aż trzy, a w niej samej omegi dwie, o skrótach tajemniczych niczym ADHD, acz szkód nie wyrządzi, w przeciwieństwie do nadpobudliwości psychoruchowej, wręcz uspokoi i ukoi, gdyż mile przysadkę mózgową pieści i więcej serotoniny się w niej zmieści. Witaminy i minerały, nerwy ze stali, kości ze skały. I metabolizm szybszy, że z owych kości na ości degradować swe kształty można…

Rozbitek

Skrzydła są dla ptasich móżdżków, skrzela dla milczących ryb i szczątkowo kumatych żab. Homo sapiens, choć stworzenie to lądowe, z naturą igrać zwykł i przeciwstawiać się jej prawom. To rozwinąć skrzydła by się chciało, to w wodę głęboką na główkę skoczyć…

Mama Natura nie dała, to człowiek sobie skonstruował. I wzbić się na wyżyny może i w popłynąć po szerokiej wodzie… Byleby się odpowiednio przygotował. Najpierw basen, potem rzeczka, w końcu morze i ocean. Ale egzystencja nie taka znowu przewidywalna i bywa, iż z klifu rzucić się w głębiny musi.

Zakładając, że nie palnie się gdzieś w którąś z czaszki kość, czeka go niesamowita przygoda w obcym dlań środowisku. I albo spocznie, niczym wrak okrętu, na dnie i plankton go pokryje, by w końcu z nim się zespolić i pożywką być dla tubylców, albo pozna brutalne oblicze innego świata i woda w końcu go wypluje niczym stworzenie, lamą nazywane, swe produkty wzmożonej pracy ślinianek w zaciekawionego turystę, na nieznaną dotąd mu wyspę. Pole do popisu, szelf kontynentalny całkiem przyjemny do nurkowania. I ciśnienie nie podskoczy, nie przytłoczy za bardzo, i do powierzchni blisko. Absurdalnie, gdy znajdzie się od razu w równinie abisalnej. Stamtąd to już blisko do rowu, a jak tam się tyłek zaklinuje, a dodatkowego wsparcia tlenowego nie ma pod ręką, to następują komplikacje, serca palipatacje i urazy psychiczne. A i fizycznie zmiany nieodwracalne. Lecz powróciwszy do wersji bardziej realnej…

Trochę jak dzikus w zaroślach, wodorosty w każdym otworze- na dzień dobry posilić się tym może. Na początku lepiej, by unikał tego co się rusza, nie wiadomo, gdzie to się szlajało i czy czegoś nie złapało. Z dala od ryb grubych. Znaczy się obserwacja z odległości, potem można się przyczepić do ogonowej kości… yyy… płetwy i popłynąć hen w dal. Drobne podchody, wnikliwe badania fauny i flory, wciąga w końcu jak wir oceaniczny. Krajobraz wprawdzie obcy, niebezpieczny, ale przeto jaki śliczny! Czysta egzotyka, wręcz erotyka i ezoteryka…

Acz w ciągu dalszym, jakby na to nie patrzeć, środowisko to obce i tymczasowe. Trzeba wypłynąć na powierzchnię, zaczerpnąć powietrza, zaspokoić potrzebę pęcherzyków płucnych. Oskrzela nigdy nie zamienią się w skrzela i do żywych gatunku swojego winno się powrócić, bo obraz coraz ciemniejszy, mniej wyraźny, a w głowie decybele wyimaginowane, szumy jakieś komunikacyjne, gorsze niż opóźnienia PKP.

Fail. Start był wprawdzie niezły, ale przygotowania brak kompletny. Ani butli, ani płetw. I budzi się, Robinson Cruzoe XXI wieku na obczyźnie. Tyłek zmoczył, grunt, że na twardym już i nie utonął jednak. W głowie szum, w oczach świetliki, a w ustach Sahara, jakby się nie starał. Kac moralny- nie ma co, początek idealny. Byleby jakiś Piętaszek się w porę zjawił i nie chciał rozbitka skonsumować niczym taki jeden, co grasował ogniś w Szczecinie. Zregenerować siły musi, nim na wody szerokie wypłynie.

Byleby odpowiedni szaman się po drodze napomknął. Byleby jakoś zespolił tę sience i tę fiction w jedno. Hydrofobia, wszakże silnie już zakorzeniona, na zawsze pozostawi jakiś uraz psychiczny. Ale są i tacy, co adrenaliny będą szukać mokrymi palcami w gniazdku elektrycznym.  Dla nich paniczny lęk stanie się dodatkowym asumptem do podjęcia kolejnych ryzykownych kroków.

Szaman swoje, Kruzoe swoje. I hop, na główkę! Płyyyynieeee! I w głębie się zanurza, cząsteczkami tlenku wodoru pod postacią ciekłą odurza. I wnet zahacza o grzbiet tajemniczego oceanu. Wycieczka z motyką w życiodajny związek chemiczny. Poobijany, połamany- inaczej uroczy i śliczny siada na swej obolałej części ciała, gdzie umiejscowiona jest kość ogonowa i narzędzia wypróżniające przed mądrym szamanem.
Cierpliwy szaman zagłębia się w ocean jego wspomnień i niczym skałki wapienne, na których egzystują filtrujące bezkręgowce oddziela dobre od złego, bezlitośnie czyszcząc werbalnie i chemicznie gąbkowaty narząd w głowie. W międzyczasie Robinson twardo skrobie w drewnie swą łódkę, impregnuje materiał i zdobi go barwami mniej lub bardziej bojowymi.

Jeden falstart, już z płycizny. Byleby tylko nie osiąść na mieliźnie. A że homo sapiens  po szkodzie równie mądrych nie ma sobie, z pełnym ekwipunkiem rusza za linię horyzontu…

Pod warunkiem, że się nie zraził ;)

Parcie przy zaparciu

Zaczyna się niewinnie. Taka mała presja, goni- jak nie czas, to gdzieś, w każdym bądź razie uparcie w jakimś celu. Liczy się szybkość, im większego człek rozpędu nabierze, tym większe ryzyko bolesnego zaparcia… I zaczyna się zabawa z siłą tarcia…

„Jeżeli ciało bez żadnej przeszkody porusza się na płaszczyźnie poziomej, to ze wszystkiego, co poprzednio obszernie zostało wyłożone, wynika, że ten ruch jest jednostajny i nieustannie trwający” (Galileo Galilei). Sęk w tym, iż ciało ludzkie to wznosi się na szczyty, to zalicza glebę, albo zakopuje się po uszy w jakimś dole. Zalicza wyżyny i niziny, sięga gór, popada w depresje – a równiny epizodyczne i na dodatek siła tarcia spowalnia jego pęd (acz nikt wszakże nie powiedział, iż samo tarcie nieprzyjemnym być musi ;) ). W tym rozbudowanym ciele zasada bezwładności nie obowiązuje, tu zawsze działa jakaś siła- jak nie wyższa, to ta z półki i pobudek niższych…

Stało się. Ciało, dotąd poruszające się płynnie jak kupka niemowlaka w jego malutkich flakach, napotkało na przeszkodę. Nie aż tak istotne jej gabaryty- zatkało się i nawet kret, ani inny ssak nie pomoże. Zaparcie w natarciu.
Najpierw spokojnie, by sytuację opanować. Głęboki wdech, mocne parcie i… od nowa. Aż do skutku, aż wyrzuci się z siebie ciało obce. Długotrwałe zaparcie prowadzi zazwyczaj do wyparcia w głębsze partie. A wtedy to się dopiero zaczyna heca.

Szukamy wygodnego miejsca, by się oprzeć. Bez podpierania ściany, pokusa zbyt silna, przegroda nie wytrzyma.  Natarcie na przeszkodę zaczynamy od natarcia miejsca narażonego jakimś środkiem przeciwbólowym (przezorny zawsze ubezpieczony, jak rzekła to podobno pewna blondynka… nakładając prezerwatywę na świeczkę). Zakładając, iż moment bezwładności jest proporcjonalny do przeszkody, a tak opiewa nam wspaniała, a jakże, mechanika techniczna (ble), potrzeba mocnego bodźca fizycznego, by wprawić wspomniane ciało obce w ruch. Nie można wszakże założyć także, iż tor ruchu  będzie prosty i przejrzysty, siła tarcia służyć będzie do przetarcia szlaków.

Gdy już przeszkoda zostanie usunięta (pomijając aspekty i szczegóły , bowiem te do najprzyjemniejszych nie należą), pozostaje podetrzeć miejsce ewakuacji, usunąć niepożądany obiekt, dokładnie wytrzeć miejsce jego tymczasowego spoczynku. Jak już to się przejdzie, to docieranie (się) nie powinno już być większym problemem…

Losowe kowalstwo artystyczne

Jak już kuć żelazo, to gdy gorące. Jak stal hartować, to najpierw konkretnie ją podgrzać, utrzymywać w temperaturze maksymalnej, a następnie schłodzić w szybkości szybszej niż krytyczna, by się nie ausenit nie rozwalił na struktury perlityczne. Jak hartować psychikę, to najpierw porządnie wkurzyć, utrzymywać w stanie marudzenia, potem wylać wiadro lodowatej wody na gorący łeb…

Człowiek rodzi się silny jak żelazo. Zaczyna się kucie. Nieumiejętne podgrzewanie prowadzi do rozwolnienia i upłynnienia materiału. Na pomoc przychodzi węgiel. O jego właściwościach zatrzymujących przekonał się każdy, komu dane było przeżyć upłynnienie treści pokarmowych. Trochę karbonu, na popitkę zimna woda i następuje twardnienie materiału. Powstały wyrób zaliczamy do pierwszej prymitywnej stali, która posłuży na budowę nerwów. I nie jest to, bynajmniej, kowalstwo artystyczne…

Sam stop żelaza z węglem nie gwarantuje wysokiej wytrzymałości. Wtem na pomoc przychodzą dodatkowe pierwiastki. Nieumiejętne dozowanie nieadekwatnych do sytuacji substancji zwiększa prawdopodobieństwo wadliwości materiału i skazy na psychice.

Stal o odpowiednich już właściwościach należy zahartować. W tym celu należy ją podgrzać do temperatury odpowiadającej jej klasie. Zmiany są bolesne, acz nieuniknione. Szybkość chłodzenia gorącej stali winna być większa od tak zwanej szybkości krytycznej. Węgiel nie ulega dyfuzji, dzięki czemu stal zachowuje swą nieskazitelną trwałość.

Proces hartowania winien być powtarzany aż do uzyskania oczekiwanych właściwości technicznych. Przy odpowiedniej wytrwałości otrzymuje się gładką, nieskazitelną stal, odporną na wszelakie tarcia, ścierania, docierania, marudzenia i manipulacje. Mistrzostwem będzie samurajska precyzja, byleby nie made In China 2011. Trzeba być kowalem swego losu.